Nieustających dylematów dotyczących organizacji wesela ciąg dalszy. Dziś temat kamerzysty a raczej jego nieco uboższej wersji tzw. kameruna. Z tym określeniem spotkałem się dziś na jednym z for ślubno weselnych i niezmiernie mi przypadło do gustu, więc pozwolę sobie je zacytować. Szeroki wybór wideo filmowców weselnych sprawia, że w gąszczu ofert giną te, które solidnie wykonują swoje realizacje za sprawą tych nie zawsze profesjonalnie podchodzących do klienta.
Pamiętam jak jeszcze na studiach montowałem wraz z jednym filmowcem krótki klip z mojej wystawy fotograficznej. Nagranie trwało około 2 minut a spędziliśmy nad tym niemal całą noc. Efekt końcowy i tak wydawał się być niezadowalający.
Tym bardziej dziwi fakt, kiedy rasowy kamerzysta zwany jak wspomniałem Kamerunem potrafi zmontować 4 h filmu w ciągu tygodnia. Oczywiście słowo zmontować powinno mieć tutaj zupełnie inne znaczenie. Jestem ciekawy jak wrażenia młodej pary podczas oglądania takiego nagrania przy odbiorze.

Druga sprawa to współpraca filmowca z fotografem. Miałem kiedyś dość mało przyjemną sytuacje, kiedy po wyjściu z kościoła filmowiec naskoczył na mnie z wyrzutem, że niemal całą Mszę wchodziłem mu w kard. Inna sprawa, że było to jedno z moich pierwszych zleceń i z pewnością święty nie byłem, ale nie zmienia to faktu, że resztę przyjęcia weselnego zamiast skupić się na pracy, skutecznie staraliśmy się przepychać.
Dziś, co raz częściej fotografia ślubna Lublin zastępuje videofilmowanie. Najlepsi zostają, kameruni stopniowo się wykruszają. Niemniej czynnik ceny nadal jest tutaj bardzo ważnym elementem i skoro kogoś nie stać na porządny materiał za 4 tysiące – zamówi kamerzystę na 800zł i „nikt nie powie, że kamery nie było”. Jak z satysfakcją młodej pary oglądającej nagranie? Trudno powiedzieć…